poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Cienie 8

Rozdział czwarty

4- 41
Paweł rozluźnił się trochę i nawet podszedł do okna by wyjrzeć ukradkiem na ulicę. Na wprost posterunku zaparkowała nowiutka granatowa furgonetka marki Ford . Kierowca palił papierosa opierając w pełnym nonszalancji geście wyciągniętą rękę na ramie otwartego na oścież okna .
Towarzysząca mu młoda kobieta ubrana w elegancką błękitno szarą krótką sukienkę przechadzała się stukając przeraźliwie wysokimi obcasami w pełne dziur szare płyty chodnika , rozmawiając jednocześnie przez telefon komórkowy
Tylne drzwi furgonetki otwarły się i na rozpalony asfalt szosy sprężyście wyskoczył krótko ostrzyżony młodzieniec ubrany mimo upału w nieskazitelny
czarny garnitur i lśniącą białą koszulę.
Pawłowi natychmiast skojarzyli się z ludźmi o których opowiadał Wiktor, ale
myśli przygasły w jego zmęczonej głowie i tylko obserwował .
Mężczyzna podszedł do kobiety i przez chwilę rozmawiali a ona dłonią zakryła
mikrofon telefonu , przerywając rozmowę . Pawłowi wydawało się , że mówili
o nich, o posterunku .Tym bardziej , że kilkakrotnie podczas wymiany zdań wzrokiem wskazywali na budynek , przy którego oknie stał właśnie ukryty w mroku.
Po chwili , gdy kobieta kontynuowała przerwaną rozmowę mężczyzna wyjął
z kabiny furgonetki niewielką walizeczkę, która po otwarciu okazała się laptopem na którego klawiaturze zaczął wystukiwać jakiś tekst. Paweł nadal ich obserwował ale myślami zaczął krążyć w niesprecyzowanych , chaotycznych wspomnieniach niedawno przeżytych zdarzeń.
Czuł głód, po tym wszystkim co przeżył żołądek całkiem zwyczajnie przypominał o swoich prawach .
Jadł w domu zanim wyszedł do parku około dziewiątej a teraz była ... odwrócił
się od okna i spojrzał na duży czarno biały elektroniczny zegar wiszący na
ścianie ponad biurkiem komendanta . Była godzina siedemnasta czterdzieści pięć . To nagłe przebudzenie apetytu sprawiło , że częściowo otrząsnął się z tego co przeżył . Przecież powinien iść do domu . Co on tu w ogóle robi ? Co go to wszystko obchodzi ? W domu już dawno po obiedzie i starzy się martwią. Wyszedł rano nie mówiąc matce dokąd i teraz molestowany przez własne trzewia podjął decyzję.
-Wiktor ... ja idę do chaty , nic przecież nie zrobiłem ...jeść mi się chce
i ty też przecież nie musisz tu sterczeć .
-Masz może rację , zaraz pójdziemy razem ale... zawiesił głos
wskazując niedwuznacznie na pękatą flaszkę – Co on tam kurwa produkuje te szklanki ?

4- 42
- Ej , Rysiek dawaj szybciej ! –krzyknął ale odpowiedziała mu cisza
Wiktor ruszył w kierunku drzwi łazienki i zbliżając się do nich usłyszał szum wody z odkręconego kranu . W prowizorycznej celi obudził się Stachu Ława
i jękliwym głosem zaczął nawoływać co bardzo przypominało dziwaczną melorecytację .
-Jest tam kto ? O ludzie gdy w celi więziennej ja gnije , wypuście niewinnego z klatki ptaka co w gardle mu zaschło... wolności ! pragnie lud na piwo do baaru pójść – tu próbował jodłować i straszliwie sięrozkaszlał , ale już po chwili odezwał się bardziej rzeczowo.
-Proszę mnie wypuścić bo lać mi się chce ! Żywo... żywo na piwo !
Świeżo obudzony był najwyraźniej w doskonałym humorze mimo wspomnianej
niedogodności ponieważ znów zaczął mało melodyjnie wyśpiewywać różne
wezwania . Paweł ruszył za Wiktorem i gdy ten otwierał drzwi łazienki był tuż za jego plecami. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić ,żepomieszczenie jest puste . Woda lała się ze srebrzystego kranu nowoczesnej
baterii do zlewu , na którego dnie poruszały się atakowane gwałtownym strumieniem dwie puste , starannie wymyte szklanki i aluminiowa łyżeczka .
Drzwi do kabiny pierwszej ubikacji były otwarte na oścież a ona sama pusta,
podobnie jak druga, którą musieli otworzyć z pełnym niepewności wahaniem.
Stali w tym niewielkim pomieszczeniu cokolwiek bezradni , lecz w końcu znaleźli trzeba przyznać , że bardzo wątpliwe . rozwiązanie .Otwarte było niewielkie wysoko umieszczone okienko i Wiktorowi udało się z trudem
podciągnąć na wąski parapet . Wyjrzał na zewnątrz i bez przekonania oznajmił .
-Ta cholera musiała tędy zwiać , ale po kiego skoro mógł sobie wyjść
normalnie drzwiami . Ale nie wyszedł bo bym go widział . Jak on wylazł
przez taką szparę . Diabli nadali .
Masz Pawełku rację , idziemy stąd . Tu jakby wszyscy zgłupieli Chwilę tylko poczekaj. Walnę sobie setkę. Chyba mi się należy.
Kiedy Wiktor nalewał sobie do szklanki pierwszą a potem drugą setkę gnieciony
na miazgę pełnym wyrzutu i bezsilnej złości spojrzeniem Pawła wciąż zamknięty Stanisław Ława śpiewał głośno lecz nie bardzo na miejscu .
„ gdy widze słodyce to kwice
i cały się świce jak znice a u sąsiada tam
kapela gra tam kwicy Kaśka i kwice ja ...”
Wiktor początkowo miał szczery zamiar wypuścić kumpla ale ucieczka młodego
policjanta wytrąciła go z równowagi i uznał za nierozsądne wdawaniesię ze Stachem nawet w rozmowę . W końcu przestał pić i z ociąganiem wstawił
butelkę , na której dnie została może pięćdziesiątka , z powrotem do biurka sierżanta Gruzy.
4-43
„ i w misce tsymołem słodyce
i przez to wciąż kwice i kwice ...”
Paweł ponownie wyjrzał przez okno. Mężczyzna stał w cieniu rachitycznego
drzewka i patrzył w jego kierunku , a kobieta która właśnie skończyła rozmawiać wystukiwała kolejny numer na klawiaturze telefonu. Ta sytuacja zaczęła męczyć go boleśnie. Ucieczka posterunkowego była tak bardzo nie na miejscu a teraz jeden pijak śpiewa sobie w najlepsze a drugi wprowadza się w stan upojenia. Na dodatek trójca przed posterunkiem mimo swej nietutejszej elegancji wyglądała aż nazbyt służbowo. Nadzieja na szybki powrót do domu
rozpadała się w nim jak budyneczek z kart . Pomyślał ,że mógłby uciec śladem
Ryszarda przez okienko w łazience ale czuł, że przekracza to jego fizyczne
możliwości . Właśnie wtedy zadzwonił telefon a Paweł mając go w zasięgu ręki odruchowo podniósł słuchawkę. Kobiecy podniesiony głos zakomenderował .
- Niech pan słucha uważnie panie posterunkowy i bez zbędnych pytań wykona polecenia które za chwilę panu wydam . Grozi wam niebezpieczeństwo i musicie natychmiast opuścić teren posterunku. Niech pan wyprowadzi tych dwóch, którzy niedawno tam weszli . To ważne !
- Proszę pani , przy telefonie Paweł Iwański . Ten policjant, który tu był uciekł przez okienko w łazience . My tu przyszliśmy zeznawać ale teraz to ja idę do domu.
-Dobrze , ale natychmiast wyjdźcie na ulicę – głos w słuchawce brzmiał oficjalnie ale gdzieś głębiej tkwiło w nim niepokojące drżenie strachu i niepewnej siebie odpowiedzialności.
-Młody człowieku , weź za kark tego swojego kolegę pijuska i natychmiast na ulicę . Niebezpieczeństwo jest śmiertelne ! Szybko !
Paweł pod wpływem tego krzyku odrzucił słuchawkę na biurko i skoczył w kierunku Witka , jakby uniesiony mocą tego zagrożenia , którego nadrzędność mu oznajmiono . Tym razem to on szarpnął swego towarzysza i to tak mocno ,że resztka wódki , którą ten w pełny szacunku skupieniu obracał na dnie szklanki myśląc nad stratą tej , którą odstawił do biurka ,chlusnęła mu na koszulę ,ale nim zdążył zaprotestować został wypchnięty na korytarz .
- Już na ulicę ! Zostaw to kurewstwo !
Wywlekł prawie nie opierającego się mężczyznę na schody pod które właśnie podjeżdżała znajoma granatowa furgonetka . Na dole przy pomocy faceta w garniturze udało mu się wepchnąć ogłupiałego Wiktora do części bagażowej .Wskoczyli za nim i zatrzasnęli drzwi a jednocześnie siedząca przy kierowcy kobieta odwróciła się do nich . Teraz w prawej dłoni zamiast telefonu trzymała przedmiot przypominający futurystyczną imitację pistoletu .

4 - 44

Wnętrze pojazdu łącznie z podłogą wyłożone było grubym jasno beżowym
przypominającym w dotyku skórę obiciem. Przez ulotną chwilę zapachniało
luksusem ale gdy samochód ruszył z piskiem opon niewielkie wnętrze wypełnił
iście piekielny odór przetrawionego alkoholu dochodzący z ciężko dyszących
ust Wiktora , który próbował usiąść i zaczął głośno protestować .
- Co kurwa jest ! co jest grane ...
Mężczyzna przerwał mu zdecydowanie.
-Nie widzi pan ,że to konieczne. Mało pan dzisiaj przeżył ? Jeszcze teraz wódkę pan pił ... przecież to co się działo w parku ... Ale ma pan wielkie szczęście , że pana potrzebujemy . Tak pana otrzeźwimy , taką dawkę pan otrzyma trzeźwości , że prędzej ten samochód , którym jedziemy się spije niż pan , ale na razie niech pan odpoczywa , niech pan śpi snem jak to mówią sprawiedliwego bo w takim stanie do niczego się pan nie nadaje a będzie pan bardzo, bardzo potrzebny .
- Marlenko , połóż go !
Kobieta nacisnęła spust swej dziwnej broni i nic się nie stało , tylko Wiktor bezgłośnie osunął się na podłogę . Paweł zauważył , że mężczyzna który przed momentem go pouczał , teraz z zaskakującą czułością objął jego bezwładne ciało i ułożył je , opierając głowę uśpionego na swych udach .
- Śpij aniołku – dodał i odwracając twarz w kierunku Pawła mrugnął porozumiewawczo.
Paweł odwrócił się i wyjrzał przez przednią szybę zza pleców kobiety. Jechali przez osiedle domków jednorodzinnych na którym mieszkał , więc wziąwszy się w garść zaproponował .
-Może wstąpimy do mnie , zjadł bym coś ...
Kobieta nazwana Marleną odwróciła się do niego z uśmiechem .
-Cóż za piękny pomysł .Miło , że sam proponujesz ale mieliśmy taki właśnie zamiar. Musimy gdzieś zebrać siły. Naradzić się i ożywić tego tutaj denata. Najpierw jednak staniemy gdzieś na chwilkę , ponieważ należą ci się wyjaśnienia . Chodzi o to żebyś nie nabroił . Nie narobił jakichś głupstw . Musisz zrozumieć swoją rolę w tej historii .Paweł patrzył na mówiącą z bliska i mimo , że słuchał uważnie odruchowo oceniał jej urodę . Ciemne , farbowane włosy , staranny spokojny w tonacji makijaż i odrobina bardzo delikatnie naniesionego różu na nieco wystających kościach policzkowych . Do tego duże jasne oczy .
Jest zdecydowanie ładna. Ładna w zdecydowany sposób i można się bez trudu domyśleć , że doskonale zdaje sobie z tego sprawę .Paweł był w tym momencie
blisko kobiety i cała groza i niejasność sytuacji ustąpiły wyparte przez chęć
zaimponowania tej obcej przecież osobie .
4 - 45

Mimo swej nieco orientalnej urody jest bardzo ładna lecz w oczach Pawła dużo uroku odbiera jej pewien nieuchwytny typ biurowego wymuskania często spotykany na fotografiach przedstawiających młode prawniczki , tłumaczki czy temu podobne przedstawicielki wyższych klas . Może z tego powodu Marlena wydaje się dosyć stara i bezlitosne oko chłopca ocenia jej wiek na około trzydzieści może dwadzieścia osiem lat . Zauważył także , że kobieta prawdopodobnie jest cudzoziemką. Mówi bowiem z lekkim obcym akcentem , dość chaotycznie co nie licuje z jej wyglądem i wyraźnie wysokim statusem .
Jakby na potwierdzenie jego myśli Marlena zwraca się do milczącego szofera po angielsku , wskazując gdzie ma skręcić i zatrzymać samochód .
Stają na pustym placyku otoczonym wybudowanymi na kształt podkowy bardzo brzydkimi garażami . Większość bram wjazdowych pomalowana jest zieloną , łuszczącą się farbą przez co ukazują swą poprzednią barwę , którą jest równie mało atrakcyjny acz szeroko rozpowszechniony w Polsce sraczkowaty kolor nie wiedzieć czemu zwany jasnym orzechem , kojarzący się z lamperiami zdobiącymi korytarze komunistycznych urzędów.
Mimo ciepła i braku opadów żwirowo gliniasty placyk jest przesiąknięty wilgocią pozostałą po najwyraźniej niedawno odbytym seansie grupowego mycia aut . Przy obrośniętych ponurymi chwastami ścianach walają się wyjące plastykowe butelki po chemikaliach .Nad całością góruje ogromny , ocalały jakimś cudem klon rosnący w miniaturowym acz ponurym ogrodzeniu ze zużytych opon nie wiedzieć czemu pomalowanych krwawo czerwoną emalią. j
Zatrzymali się pod drzewem , w jego rozciągniętym przez zachodzące Słońce
cieniu. Wewnątrz furgonetki było dość duszno i Marlena zanim zaczęła mówić
otworzyła drzwi .
-Słuchaj ! Zaszły pewne zjawiska , których owocem są dzisiejsze wydarzenia w Kolinie . Zostało tu zabitych , zamordowanych kilka osób . Trzy znaleziono w lesie .Twoja była dziewczyna .Ten policjant na posterunku też nie uciekł przez okno . My wiemy jeszcze o dwóch . Parka w średnim wieku , która wybrało się na łąkę za parkiem na pieczarki . Zostało z nich trochę mięsa i te pieczarki a wszystko razem zmieściło by się w średniej wielkości garnku .
(Pawła skręciło w żołądku i odruchowo się oblizał )
Powinni już ich odnaleźć bo tam chłop krowy swoje pasie i niewątpliwie zainteresuje go otwarty samochód . Na więcej nie było czasu ale możliwe , że jest więcej ofiar . To może wyjdzie na jaw później o ile będzie to jeszcze kogokolwiek obchodziło. W każdym razie ja i Stefan – wskazała na mężczyznę podtrzymującego Witka i przerywając tok opowieści dodała – Stefan pochodzi z Francji i słabiej mówi po polsku . Wszystko rozumie ale słabiej mówi.
- Ja dobrze mówi tylko udawać – roześmiał się Stefan i dodał
- Mój dziadzia stąd prawie schodzi ... z Węgrów
- Ja i Stefan- powtórzyła z naciskiem – jesteśmy tu po to aby wam pomóc .

piątek, 14 sierpnia 2009

Cienie 7

Zygmunt powiedział do mrowca coś uspokajającego i poszli dalej we trójkę a światło oświetlające ich drogę wydobywało z ciemności inną strukturę ścian korytarza. Coraz częściej zdarzały się dłuższe fragmenty zbudowane z kamiennych płyt . Drewno powoli ustępowało a wraz z nim
przygnębiająca wilgoć i zaduch przez nią wywołany .Mariuszowi droga
zaczęła się nieco dłużyć. Być może przyczyną było ciągłe napięcie . Mrowiec szedł nieco z tyłu i cały czas mruczał pod nosem cichutko .
Gdy zbliżali się do trzeciego rozwidlenia towarzysząca im bezimienna istota przycichła. Szli teraz zwartą grupą i nawet Mariusz odbezpieczył rewolwer
czujnie wpatrując się w wyłaniające się z mroku skrzyżowanie dwóch korytarzy.
-Tu można spotkać tego wilka podziemi o którym ci mówiłem .Trochę boi
się światła ale widząc trzy tak smakowite osoby może zaatakować . Jeśli
tak się stanie wal ile wlezie w ten jego paskudny łeb . Jak szedłem po ciebie nie było go z całą pewnością w legowisku bo zaglądałem i wąchałem a śmierdzi zajebiście ,ale teraz.... teraz jest .
Przygotowani do otwarcia ognia stali oparci o przeciwległe ściany tej odnogi
korytarza z której dochodził ich zwierzęcy odór .Mrowiec przycupnął tuż za ich
plecami , cały czas nastroszony i ponownie gotowy do ucieczki. W lewej odnodze czaił się stwór , którego Zygmunt nazwał wilkiem podziemi . W przeciwieństwie do uprzednio spotkanego mrowca nie ukrywał swej obecności .
Słychać było jak potężne umięśnione cielsko szykuje się do ataku . Zdawało się ,że potwór wypełnia cały korytarz a wściekłe ciosy ogona chłoszczą kamienne
płyty obydwu ścian .Pazury szarpały posadzkę a gardłowy początkowo warkot
przerodził się w wypełniony dziką agresją niepowstrzymany ryk bestii . Smród
jaki teraz wypełniał podziemie zdawał się być nie do wytrzymania . Odór drapie
żnika wymieszany ze smrodem świeżo rozlanej krwi , wnętrzności i jakichś niedojedzonych resztek dawno spożytych posiłków . Mariusz sądził ,że pod osłoną światła błyskawicznie opuszczą to skrzyżowanie tak jak uczynił to mrowiec , który z zadziwiającą jak na jego warunki fizyczne szybkością pognał korytarzem przed siebie.
Zygmunt odezwał się głośno aby zagłuszyć bojowe przygotowania potwora
a może też aby dodać otuchy swemu towarzyszowi nieprzywykłemu do takich sytuacji .
-Ten sukinsyn polował i przytaszczył tu świeżą zdobycz . Tu nie wychodzi na powierzchnię , a poza tym widać mu odwracalna śmierć nie smakuje ale ma kanał i włóczy się po różnych czasach i planetach. Sprawdzimy co tam ma bo dziwnie wydaje mi się ,że ta franca buszuje po naszej starej Ziemi .
-Boi się światła a te mordy u nas były po świcie chyba ...
-Boi się światła ale bez przesady , a jak jest poszczuty...
Bestia w ciemności ucichła i miał wrażenie ,że wycofuje się w głąb korytarza , wlokąc za sobą prawdopodobnie zwłoki ofiary .Mariusz nim zdążył zareagować był świadkiem jak Zygmunt błyskawicznie i z wprawą jaką można
nabyć tylko podczas wielu równie niebezpiecznych spotkań wybiegł na środek korytarza .Wycelował błyskawicznie i wystrzelił pięć pocisków w ruchomą ciemność .
Suchy huk wystrzałów, wielokrotnie odbity w skomplikowanym labiryncie korytarzy zmieszał się z potwornym rykiem i piskiem trafionego stwora .Jednak
strzały nie powaliły go a jedynie zdopingowały do szybszej ucieczki . Nie na tyle jednak panicznej by zmusić go do porzucenia zdobyczy .
- Za nim - zakomenderował Zygmunt
Ruszyli , początkowo szybkim krokiem , który wkrótce przemienił się w trucht
a nieco później w bieg.Chybotliwy krąg światła oświetlał im drogę i Mariuszowi wydawało się ,że są tuż za nim i nawet dwukrotnie strzelił biegnąc ale za pierwszym razem fatalnie chybił a przy drugim strzale nieprawidłowa pozycja i pośpiech sprawiły, że odrzut prawie urwał mu rękę . Na suchej kamiennej posadzce widać było dwa krwawe ślady , z których jeden będący rozmazaną smugą krwi pochodził z ciągniętego ciała .W pewnym momencie Mariusz poślizgnął się na niej i o mało nie upadł . Zygmunt wyprzedził go i tym razem zaczął strzelać krótkimi seriami. Pierwsza sądząc po przeraźliwym wyciu trafionego potwora namierzyła cel i pozostałe tylko niszczyły go metodycznie zadawanymi ciosami .Gdy przekładał magazynki stwór nie mając już wyboru porzucił zdobycz i pognał uwolniony od jej ciężaru wyjąc i piszcząc w ciemności .
- Z takie broni go nie zabijemy ale tak dostał , że parę dni minie nim się wyliże . Zaraz się dowiemy co on tak uparcie taszczył .Mariusz poczuł się trochę słabo na myśl o czekających go niemiłych oględzinach poszarpanych najpewniej zwłok. Stał ,całym ciężarem ciała oparty o ścianę tunelu z trudem łapiąc oddech w cuchnącym powietrzu .

3- 38
Podeszli wolno do podłużnego kształtu leżącego na środku korytarza. Mariuszowi wyraźnie ulżyło , gdy okazało się że nie jest to z całą pewnością
człowiek , ale dopiero pochylając się nad ciałem i dotykając połyskliwego futra rozpoznali dorosłą , zdekapitowaną fokę z rozerwanym brzuchem i wyżartymi wnętrznościami . Musiała być potwornie ciężka co potwierdzało rozmiary wilka
jakich domyślił się słuchając przed chwilą odgłosów jakie wydawał .
Zygmunt widząc niewyraźną minę wnuka udzielił mu krótkiego wyjaśnienia
-To naprawdę spore bydlę . Wygląda faktycznie trochę jak ogromny wilk, powiedzmy no... wielkości krowy , ale potrafi atakować na dwóch łapach i wtedy nieco przypomina niedźwiedzia. Misia giganta o paskudnym pysku ale za to z chwytnymi przednimi łapami . Taki prawdziwy potwór wilkołak z bajek i
horrorów . Pojawia się powiedzmy na Ziemi , zabija i wlecze przez swoją furtkę ofiary do innego wymiaru gdzie je pożera . Pojawia się , budząc grozę , ale to co po nim zostaje to tylko ślady . Jest piekielnie cwany i ani tam ani tutaj nie sposób go schwytać . Myślisz , że nie próbowaliśmy . Wiele razy. Zawsze gdzieś się zdąży ukryć i przenieść . Ma taką zdolność w sobie .Ale to tylko zwierzę . Widziałeś ... nawet tutaj zamiast coś wykombinować do końca taszczył ten swój obiad. Kiedyś znaleźliśmy jedno z jego stałych legowisk . Wierz mi , trudno sobie nawet wyobrazić taki stos kości i różnych resztek . Ludzkich zresztą też, ale obecnie ma chyba coś w rodzaju zakazu zbliżania się do miejsc objętych cywilizacją . Ucichło na Ziemi o wilkołakach , yeti czy temu
podobnych , a osobiście uważam , że to głównie wyczyny tego tam , na
przestrzeni wieków . Tak ,że nie sądzę aby brał udział w tym co się zaczyna dziać. Chyba , że w jakimś celu został poszczuty . Myśleliśmy o tym , zanim cię sprowadziliśmy , ale...
-Ale ?
-Nawet gdyby tak było to pamiętaj , że jest to w sforze Złego najgłupsza , najłatwiejsza do pokonania , najbardziej mechanicznie działająca istota . Odpowiednia przynęta , dużo odwagi , otwarta przestrzeń , dobry miotacz ognia i po nim .
- Boże mój , wracamy do naszego tunelu , dużo czasu nam tu zeszło.Jeszcze z pół kilometra do wyjścia . Potem w lesie jeszcze ze trzy pod górkę i jesteśmy na miejscu .Ciekawe jak tam mrowiec ? Już chyba w lesie i pędzi do swoich robić za bohatera , co to przeżył spotkanie z wilkiem.
Szli milcząc , a Mariusz całkiem już spokojny miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku . Był dumny , że prawie wytrzymał napięcie i wziął udział w polowaniu na tak nieziemską bestię .
Uśmiechnął się do siebie i przyspieszył kroku.
3- 39
Kiedy wreszcie wyszli z mroków tunelu Mariusz był już nieco zmęczony . Teraz
gdy stał w pełnym świetle dnia piekły go oczy i musiał przez chwilę je mrużyć i
przecierać nim przyzwyczaił je do słonecznego blasku. Chmury , które uprzednio tak szczelnie wypełniały nieboskłon , że trudno było się spodziewać tak jaskrawego i bezwzględnie czystego błękitu teraz znikły bez śladu . Stali na wysokiej skarpie a przed nimi rozciągała się nieograniczona niczym tafla rozlewiska . Wysepka z której przyszli leżała po stronie jego lewej ręki dobry kilometr od miejsca w którym stał teraz i odnalazł ją z pewnym trudem , gdyż z oddali zdawała się integralną częścią stałego lądu , kryjąc się po części za piaszczystym półwyspem , którego uprzednio nie dostrzegł . Wiał lekki wietrzyk i martwa w jego pamięci powierzchnia wody ożyła pędząc ku białym wąskim plażom drobne zmarszczki fal . Mariusz oddychał głęboko sycąc się przejrzystym pachnącym żywicą i zielenią sosen powietrzem .Zygmunt trącił go w ramię przerywając mu tą miłą chwilę relaksu i wskazując dwa wały biegnące w sprzecznych kierunkach rozłamujące jednolitą taflę wody . Mariusz zdziwił się ,że przedtem ich nie dostrzegł ale gdy po krótkich oględzinach spostrzegł , że powoli przesuwają się w kierunku brzegu przypomniał sobie o wężach , żyjących w rozlewisku o których Zygmunt wspominał mu , gdy tłumaczył konieczność marszu podziemnym przejściem . Mimo , że poza nimi i mrowcem wszystkie napotykane rośliny były nieproporcjonalnie wielkie i nieco przywykł do gargantuizmu tego miejsca , ogromne rozmiary tych połyskliwie szarych ciał przeraziły go . Wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany aż dziadek musiał odciągnąć go za ramię w zarośla .
-Mogły nas wyczuć i lepiej będzie jak pójdziemy sobie dalej bo mimo , że
dość wolne to potrafią polować i na lądzie. Szczególnie blisko brzegu .
Weszli między drzewa , prowadzeni wąską wydeptaną ścieżką , która wspinała
się łagodnie po rzadko zalesionym stoku i nikła na szczycie wzgórza , które ze
względu na swój kształt przypominało wielką nadmorską wydmę dawno temu zdobytą przez roślinność w bezwzględnym zwycięskim zmaganiu o przeżycie .
Zwracał uwagę absolutny , poza trawą , brak charakterystycznego dla lasów iglastych poszycia . Nigdzie nie było widać suchych , połamanych przez wiatr
gałęzi ani nawet szyszek . Dopiero gdy dotarli na szczyt wzgórza Mariusz zrozumiał , że nie jest to bynajmniej cel ich wędrówki . Przed nimi był łagodny parów i dalsza , trudniejsza tym razem wspinaczka na szczyt niewielkiej góry , która wyglądała jak ścięta mieczem na trzech czwartych wysokości . Na szczycie ktoś rozpalił ogień ,gdyż mimo odległości doskonale była widoczna na tle nieba biała smuga dymu.
40

wtorek, 11 sierpnia 2009

Cienie - 6

31.
Mężczyzna przygląda mu się czujnie spod krzaczastych brwi , błyszczy łysina .
Mariusz mimo , że przygotowany całą dziwacznością tej sytuacji i swymi własnymi przemyśleniami o śmierci , którym przed chwilą się oddawał gdyby nie to , że siedzi rozparty na ziemi niewątpliwie by upadł . Metr od niego kucnął wpatruje się w niego , jego nieżyjący od dwudziestu ośmiu lat dziadek. Wygląda w tym momencie młodo i zdrowo .Ubrany w zielono oliwkowe wojskowe moro Na jego kolanach leży ręczny karabin maszynowy , a z kieszeni kurtki wystają zawadiacko dwa zapasowe magazynki .
-Jednak naprawdę umarłem – bardziej stwierdza niż pyta Mariusz spokojnie , choć jego ciało zaczyna drżeć od środka a włoski na dłoniach stają na baczność .
-Witaj Mariuszku , witaj. Nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy , że dotarłeś aż tutaj . Nie bój się mnie . To naprawdę ja. Naprawdę .
Dziadek wyciągnął rękę i zaczął potrząsać jego prawą dłonią z taką siłą ,że
aż poderwał go na nogi . Dłoń była ciepła i jak najbardziej żywa , czuł jego
przesiąknięty nikotyną oddech i słyszał mocny radosny śmiech .Początkowo
nie mogli znaleźć słów i dziadek w kółko powtarzał jak bardzo się cieszy , że to
właśnie on ma tego dokonać .
Wyraźnie czekał tu na niego, ponieważ w skórzanym worku , przerzuconym przez ramię miał dla niego przygotowany , podobny do swojego mundur w kolorze khaki oraz bębenkowy rewolwer systemu Colta. Dziadek z wprawą
zawodowego instruktora pokazał mu proste zasady obsługi i wręczył kartonik z nabojami, wyjaśniając mu jednocześnie jego obecne położenie. Sprawa była nieco skomplikowana . Mariusz mylił się sądząc ,że nie żyje . Umarł tylko na
moment , potrzebny na dotarcie w to miejsce. Potem ścieżki czasu rozeszły się
i w miejscu w którym przebywali obecnie czas płynął nieco inaczej. Mariusz zrozumiał , że muszą się spieszyć by dotrzeć do jakiejś jaskini u podnóża niewielkiej górki , której wierzchołek tylko nieco przewyższał korony potężnych
drzew porastających ziemię oddaloną od wysepki o niecały kilometr. Gdy dojdą
do tego miejsca przed południem jest szansa , że wróci do swojego życia tak ,
że nikt nie niczego nie zauważy. Według słów towarzyszącego mu mężczyzny co do którego tożsamości zaczynał mieć poważne wątpliwości , które jednak nie
wzbudzały w nim niepokoju, znajduje się tam miejsce będące naturalnym wejściem w inny wymiar. Miał się zresztą pojawić właśnie tam a nie na rozlewisku. Cała procedura pobrania , jak ją nazywał jego przewodnik , ze
względu na swój naturalny charakter bywała mało precyzyjna , zaryzykowano
jej przeprowadzenie ze względu na konieczny , spowodowany potwornym a niespodziewanym zagrożeniem w jakim znalazł się świat w którym żył Mariusz.

3- 32
Okazało się ,że ściągnięto go a prawdę powiedziawszy pozbawiono życia
ponieważ inne kanały porozumienia takie jak sny czy głosy mówiące wewnątrz
czaszki delikwenta były mało skuteczne i raczej mogły doprowadzić do szaleństwa niż przekonać do podjęcia koniecznych czynności już po powrocie .
Tym bardziej , że jak się wkrótce dowiedział aby zdobyć skuteczną broń do walki będzie musiał zabić człowieka . Nieśmiało zaprotestował , mówiąc że
cała ta sytuacja zbytnio przypomina scenariusz gry komputerowej . Dziadek
Zygmunt obruszył się na takie porównanie.
-To nie jest żadne twoje widzimisie . Masz do spełnienia rolę do której byłeś
przygotowywany praktycznie jeszcze w łonie matki . Nie znasz ani swoich
możliwości ani celu całej tej operacji . Prawdę mówiąc ja też nie wiem zbyt
wiele. Zostałem ściągnięty w to dziwaczne miejsce parę lat temu aby czekać
aż tamten rozpocznie atak , swoim zwyczajem wysyłając harcowników . Zaczął
tam w lesie , trzeba przyznać dość miernie jak na swoje możliwości .Teraz jest
wątpliwość czy znaczy to , że mamy jeszcze dużo czasu czy może nie spodziewa się tym razem po tylu latach od śmierci ostatnich wtajemniczonych ,
którzy mogli stawić mu opór , wykorzystując swoją ziemską władzę nad wojskiem czy nawet policją . Niech ci wystarczy , że od dawna wiedzieliśmy
gdzie otworzy swój kanał a mimo to przygotowaliśmy tylko ciebie i jeszcze
dwie osoby , oraz mini grupę specjalną z innego czasu do pomocy. Nie znam
tych wszystkich mechanizmów lecz wiem co do mnie należy . Muszę doprowadzić cię bezpiecznie do miejsca o którym mówiłem , podać preparat
który cię odblokuje , udzielić wskazówek co do Królewskiego Miecza i jak
najszybciej odesłać . Najważniejsze zaś jest to abyś po powrocie nie miał żadnych wątpliwości i nie zaczął nagle wmawiać sobie , ze to był kolejny sen czy widzenie .
Widząc niezbyt ufną minę Mariusza dodał , wracając nagle z oddalenia instruktażu do roli znajomego z dzieciństwa opiekuna i poklepując go
po ramieniu dodał jeszcze.
-Pamiętasz jak czytałem ci o Podbipięcie jak ciął tym swoim mieczyskiem
a głowy i inne kawałki ciał jego wrogów latały w powietrzu .Coś mi się
wydaje , że zaznasz czegoś podobnego i pamiętaj ,że nie są to ludzie . To
z pewnością nie są ludzie – powtórzył stanowczo
Mariusz nim ruszyli zapytał po co w takim miejscu dostał broń i dowiedział
się ,że owszem w zasadzie nie żyje ale roi się tutaj od różnych niezbyt przyjemnych stworzeń , które trzeba w jakiś sposób odstraszać lub w niektórych
przypadkach zabić we własnej obronie .


3- 33
-Tutaj trzeba cholernie uważać bo to osobliwa przyjemność zostać rozszarpany
na strzępy czy żywcem pożarty . Ból nadal obowiązuje . Wracasz później taki jak przedtem . Jesteś sobą ale co użyłeś to twoje . Raz straciłem rękę .
Dziadek Zygmunt potrząsnął lewą dłonią i uśmiechnął się krzywo .
-Wyobraź sobie taki niewielki grachulec odgryzł mi całe przedramię . Straciłem przytomność z bólu ale jak obudzili mnie po dwóch dniach .Wszystko było już dobrze. Tak tu widzisz jest i dlatego potrzebna jest broń. Skąd ją mamy i skąd mam Camela , którego sobie palę dowiesz się w obozie . W skrócie to z twojej Ziemi . A pójdziemy , pójdziemy tunelem . To bardzo stara budowla ale znowu jest przydatna , szczególnie gdy wyleje rzeka i wszędzie się rozłażą węże wodne a zapewniam cię ,że są naprawdę ogromne . Zresztą teraz lepiej nie kręcić się po otwartej przestrzeni . W powietrzu też są niebezpieczne stworzenia.
-Widziałem jedno , ogromny pterodaktyl czy coś podobnego ...
-Coś podobnego , ale też szalenie groźny, tyle że łatwo go wyprowadzić w pole . Reaguje tylko na ruch .W tunelu też jest niezbyt bezpiecznie . Na wszystko co cię zaniepokoi reaguj natychmiast . Większość tych tam ucieka w popłochu gdy się krzyknie a na te inne mamy broń . Będzie dobrze. Zresztą przyszedłem tu sam , tylko z reflektorem i giwerą w rękach .
Podeszli do jednego z drzew i Mariusz ze zdziwieniem zobaczył spory okrągły
otwór i sfatygowane drewniane schody. Opodal leżała zbita z desek klapa pokryta maskowaniem z gałązek i ściółki . Mariusz przejął potężny jasno świecący akumulatorowy reflektor i trzymając rewolwer w drugiej ręce zaczął wolno schodzić po szerokich , acz mocno skrzypiących stopniach . Musiał się na chwilę zatrzymać gdy Zygmunt zasunąwszy klapę zamknął ją od środka za pomocą stalowego rygla. Schodząc naliczył dwadzieścia cztery stopnie , co biorąc pod uwagę ich nadzwyczajną wysokość dawało jakieś osiem , dziewięć metrów . Tunel , który tu się rozpoczynał był wysoko sklepiony i na tyle szeroki , że swobodnie mogłoby go przemierzać co najmniej siedem osób w jednym rzędzie nie przeszkadzając sobie wzajemnie . Zbudowany był z bardzo grubych masywnych drewnianych bali , pociemniałych ze starości .Stąpali po wilgotnym
szarym piasku zadeptanym licznymi śladami butów , bosych stóp oraz innymi ,
których nie potrafił zidentyfikować a których widok nie sprawiał mu zbytniej
przyjemności tym bardziej , że niektóre były dość głębokie i świadczyły jednoznacznie o masie zwierzęcia , które je pozostawiło . Pocieszające było
tylko to , że odciski wojskowych butów dziadka , które zmierzały mu na spotkanie były o całe niebo świeższe niż tamte. Po ciemnych ścianach spływały
krople wody , która kapała miejscami z sufitu , tworząc niewielkie kałuże nim
pochłonął ją piasek . Powietrze było ciężkie i nieco stęchłe.


3- 34
-To niezbyt przyjemne miejsce . Długo będziemy nim wędrować ?
-Nie , jeśli nic się nie zdarzy koło czterdziestu minut . Tutaj jest sporo odgałęzień , skrzyżowań . Wtedy naprawdę trzeba uważać.
-Muszę o coś zapytać , nim ruszymy w dalszą drogę . Nie bardzo to wszystko rozumiem i nie chcę się wgłębiać ale na przykład ty. Fakt ,że jesteś moim dziadkiem – to się czuję , ale z drugiej strony jesteś dużo młodszy niż cię zapamiętałem , mówisz inaczej . Poruszasz się zwinnie i szybko ...
-Jestem tu od lat . Mam dużo czasu dla siebie , no i mamy przecież kontakt z Ziemią . Jestem , że tak powiem na bieżąco . A co do ciała ... Sam dobrze nie wiem ale zdaje mi się, że każdy dochodzi tutaj do okresu życia , gdy się było najsprawniejszy .
Ruszyli powoli a Mariuszowi wróciła energia i euforyczna radość jakiej już raz
doznał na wyspie tuż przed spotkaniem z Zygmuntem ale nie mógł się powstrzymać przed zadaniem jeszcze jednego pytania .
-Jak to jest ,że jestem tutaj cieleśnie a jednocześnie moje ciało gdzieś tam leży zimne ? Czy to wszystko jest tylko w mojej głowie , a jeśli nie to gdzie my właściwie jesteśmy ?
-Ciało które masz ,tutaj jest nieśmiertelne ale gdy wrócisz nim na Ziemię
to nie wiem. W każdym razie z pewnością nie będziesz na ziemi zdublowany . Istnieje nawet możliwość , że nikt nie zdąży zauważyć , że nie żyjesz .Czas tutaj jest zupełnie inny . Nie jestem niestety fizykiem , do dziś niewiele rozumiem . To jakiś paradoks . A gdzie jesteśmy ? Na Ziemi , ale innej . W innym czasie czy może w świecie równoległym . To cholernie pokręcone , cholernie ...


3- 35

Kiedy doszli do pierwszego rozgałęzienia zatrzymali się a Zygmunt szeptem
wyjaśnił mu co dalej powinni robić. Sam odbezpieczył pistolet maszynowy
który zresztą okazał się poczciwym Kałasznikowem . Mariusz omiótł snopem światła rozwidlenie drogi i zauważył że nie jest to klasyczne skrzyżowanie . Droga biegnąca zgodnie z kierunkiem ich marszu ginęła w ciemności , podobnie jak prawe jej odgałęzienie . Lewa strona kończyła się za to osypiskiem kamieni i właśnie oświetlał najeżone potrzaskanymi drewnianymi balami osypisko nieprzyjemną świadomość gwałtownego lecz odbywającego się w absolutnej ciszy poruszenia tuż poza granicą światła po przeciwległej stronie . Tak jakby istota idąca uprzednio środkiem korytarza skoczyła i przywarła do ściany . Powoli , w absolutnej ciszy , krok po kroku zbliżali się do niej lecz nim krąg światła zdołał ją objąć Zygmunt przytrzymał go za ramię i szepnął mu wprost do ucha .
-Pamiętaj , że już nie żyjesz i nie bój się ... zresztą to albo mrowiec albo kipul.
Mariusz wpatrywał się w nieprzeniknioną kurtynę mroku ale nim zdążył zbliżając się oświetlić skrytą w mroku postać , na wysokości mnie więcej metra
otwarły się szeroko rozjarzone czerwienią źrenice i rozległ się przeraźliwy krzyk
który wkrótce przycichł , rozlewając się płaczliwym bulgotaniem .
Towarzysz Mariusza wyraźnie się odprężył .
-To tylko mrowiec . Nawet jak jest ich więcej nie ma się czego bać. No chyba żebyś zaatakował ich budowle . Ich gniazda . Wtedy w dużej grupie są bardzo niebezpieczne . Zbierają kolorowe kamienie do zdobień i widocznie ten się zabłąkał.Dwa korytarze dalej jest wielkie osypisko w którym można wygrzebać nawet szmaragdy . Nazywamy ich mrowce ze względu na te ich budowle . Gigantyczne kopce i dlatego , że kręcą się wszędzie i zbierają... zbierają bez końca różne rzeczy ale poza tym , że trzeba baczniej pilnować obozowiska nie ... widzisz ... przycupnął i nie ucieka .
Gdy Mariusz w końcu oświetlił mrowca ujrzał stworzenie ,którego wygląd zasadniczo odbiegał od spodziewanego ten wstał i wyprostował się niechętnie , cały czas czujny i gotowy do ucieczki . Mrowiec przypominał stojącego na dwóch łapach miniaturowego krokodyla, podpartego zielono złotym okrytym dużymi łuskami ogonem .Temu pierwszemu wrażeniu przeczył okrągły ,bardziej koci niż gadzi pysk . Brzuch i łapy porastało gęste rude futro . Ręce zakończone były długimi bardzo ludzkimi palcami . Stworzenie trzymało w jednej z dłoni coś w rodzaju siatki uplecionej dość prymitywnie z jakichś roślinnych włókien zawierającej dość sporego szczupaka a w drugiej zakończony metalowym ostrzem oścień .

36

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Cienie - 5

25.
Coś kurczę w tym jest. Wiktor zamyślił się i Paweł sądził przez chwilę ,że odwróci się na pięcie i odejdzie, rezygnując z wizyty na komendzie.
-Wiktor... idziemy- daj spokój nic nam nie zrobią . Zeznamy , że odeszła
że słyszeliśmy jej krzyk , pobiegliśmy na pomoc ale jej nie znaleźliśmy,
krzyczała na ulicy, może ktoś ją porywał i właśnie pakował do samochodu .
Nie wiem, istnieje taka możliwość , że tych dwoje z archiwum X rozpyliło
Jakieś halucynogeny. Nie wiem ale zobaczysz, że jakieś dobre logiczne rozwiązanie się znajdzie – Paweł mówiąc , nabierał przekonania do sensowności swoich słów i mógłby jeszcze niejedno wypowiedzieć , staranniej dobierając argumenty i piękniej formułując myśli , ale Wiktor chwycił go mocno za ramię i krótkim . ..
– Dobra, idziemy – uciął jego dywagacje
Weszli po schodach i stanęli w otwartych drzwiach posterunku. Smród jaki tu panował
porażał zmysły. Lepki odór zwierzęcego potu i moczu zupełnie nie pasował do tego krótkiego pomalowanego na biało a ozdobionego błękitną , malowaną olejno lamperią korytarzyka . Jasna drewnopodobna wykładzina lśniła nienaganną czystością . Weszli
ostrożnie , skonsternowani tym smrodem . W korytarzyku były drzwi do pokoju , gdzie przyjmowano interesantów a naprzeciwko do łazienki . Te prowadzące do pokoju były
delikatnie uchylone i do nich właśnie podeszli . Paweł szedł pierwszy i to on je pchnął
a właściwie tylko zdążył ich dotknąć gdy gwałtowne szarpnięcie otwarło je na oścież.
Ktoś przyczajony za nimi odskoczył krzycząc przeraźliwie , potknął się o własne nogi, mało nie padając. W pomieszczeniu panował półmrok , lecz doskonale widzieli potężnego mężczyznę w rozpiętej policyjnej koszuli , celującego wprost w nich z pistoletu trzymanego kurczowo w wyciągniętej przed siebie prawej dłoni , podczas
gdy lewą zasłaniał się przed niewidzialnym wrogiem. Wyglądał doprawdy przerażająco
Bełkotał coś niezrozumiale, w niezwykle sugestywny sposób wytrzeszczając oczy.
Był cały mokry od potu i drżał. Cała ta scena trwała może trzy sekundy.
Zorientowawszy się w zmianie sytuacji policjant uspokoił się i opuścił rewolwer .
Wraz z tym krótkim naturalnym ruchem wróciło do tego pokoju życie .
-To wy...o kurwa, ale , to wy...Coś tu było za drzwiami. Jakieś duże zwierze .
-Wielbłąd ? – zapytał Witek , a Paweł spojrzał na niego z uznaniem
-Jaki znowu wielbłąd ! Wielki drapieżnik, chciałem go zabić , nie widziałem go
ale dobrze czułem i słyszałem... Jezu o mały włos was nie kropnąłem
Weszli do środka a Wiktor skierował się wprost do okna i podniósł żaluzje. Ryszard
schował pistolet i zapiął kaburę .Paweł stał na środku pokoju i śmiał się nerwowo.
26.
-Otwórzcie okno , przecież tu śmierdzi jak w ZOO . Trzeba się rozejrzeć
przecież to bydlę musiało gdzieś uciec. Co to było ?
Ryszard odzyskał już prawie całkiem rezon więc poszedł do prowizorycznego aresztu sprawdzić czy coś złego nie przytrafiło się śpiącemu Stasiowi Ławie , o
istnieniu którego całkiem zapomniał. Ten leżał nadal na twardej obitej granatowym skajem kozetce i rytmicznie chrapał . Policjant zajrzał także do gabinetu szefa , konstatując że wszystko pozostaje w należytym porządku . Dla pewności zajrzał za biurko i do szafy .Gdy wrócił okno było już otwarte i smród zelżał wywiany przeciągiem , ale wiedział , że będzie musiał wytłumaczyć choćby tylko przed sobą wydarzenia , które zaszły w ciągu ostatnich minut.
-Słuchaj Rysiu – nie masz tu czego na te nerwy – Wiktor wyrwał go z zamyślenia
-Czego ? początkowo nie skojarzył policjant .
-No, czegoś mocniejszego . Nie co dzień mierzy ktoś do mnie z nagana.
... do niewinnego gościa
-Nie , skądże na posterunku alkohol
-Dalej nie pieprz . Otwórz tę lewą połówkę w biurku Gruzy i nalej po małym. Tobie zresztą też się przyda. Wyglądasz jakoś tak nie elegancko .
Rysiu bardziej ciekawy niż chętny , niezbyt zdecydowanym ruchem otworzył
drzwiczki . Zajrzał i zza stosika służbowych notatników wyciągnął mocno napoczętą pękatą butelkę pałacowej . Niespodziewanie sam nabrał ochoty na solidny łyk i nawet z pewną nonszalancją zaproponował .
-Z gwinta po łyku i starczy.
Wiktor oczywiście zgodził się chętnie ale niestety butelka była zatkana dozownikiem. Rozejrzeli się za szklankami , pokonani tym niepotrzebnym nadmiarem nowoczesności , połączeni konspiracyjną wspólnotą nielegalności.
Na blacie biurka stały dwie szklanki . Należąca do szefa z grubym osadem
kawy i szklanka Gruzy z dnem przykrytym wygniecionym plastrem cytryny . Sierżant zamiast kawy lubił dla zdrowia pijać wrzątek z miodem i cytryną .
Niosąc szklanki do łazienki Ryszard wsadził nos do tej szklanki i mocno
pociągnął.
-No tak , pomyślał – nie bez powodu Gruza taki wesoły i dziarski od rana.
Parsknął śmiechem i przełożywszy szklanki do lewej ręki otworzył drzwi i
wszedł do łazienki. Postawił szklanki na umywalce . Odkręcił kran i umył ręce a potem zimną wodą ochłodził spoconą twarz . Plaster cytryny i fusy po kawie wlał do żółtego wiaderka stojącego pod zlewem i świadomie powolnymi ruchami zaczął możliwie starannie płukać szkło . Czuł na zmianę niepokój i euforyczną radość o trudnym do pojęcia podłożu . W tym momencie usłyszał jak w sąsiedniej kabinie coś się poruszyło . Tak jakby ktoś bardzo potężny i ciężki wstawał z sedesu .
Rozdział trzeci

27. ROZDZIAŁ 3

Zupełnie nagi stał w wodzie , sięgającej mu prawie do kolan . Zapadał zmierzch nad nieskończoną jak mu się wydawało początkowo, martwą taflą siwo burej wody zlewającej się na horyzoncie z równie szarymi płaskimi chmurami .
Odwrócił się z wysiłkiem , wysoko podnosząc stopy . Teraz dostrzegł zamykającą horyzont , oddaloną o kilkaset metrów ścianę lasu .Jeszcze bliżej , na wprost niego piętrzyła się samotna kępa niezwykle wysokich, rozłożystych drzew , porastających niewielką okrągłą wysepkę . Dzieliło go od niej nie więcej niż dwieście metrów . Nieco bardziej w prawo nad horyzontem wyznaczonym ciemną ścianą lasu chmury rozjaśniały się smugami chłodnego światła .
Poruszył się i obserwował kręgi fal rozchodzące się powoli , by wkrótce zaniknąć w oleistej martwocie . Nie czuł chłodu i mógł się swobodnie poruszać.
Sen , znowu ta cholerna złowróżbna realność , którą doskonale zapamiętał z
nocnego koszmaru. Pochylił się by w nieruchomej tafli ujrzeć swą twarz. Niewątpliwie tym razem był sobą we własnym doskonale znajomym ciele. Różnica wobec nocnych przeżyć była zasadnicza. Wówczas szamotał się w ciele obcego człowieka a teraz gdy dla sprawdzenia uniósł lewą rękę i bez zdziwienia poczuł delikatny ból , będący skutkiem drobnego urazu jakiego doznał kilka tygodni wcześniej i który zlekceważył godząc się na stałą niewielką dolegliwość
Skoncentrował się i znalazł ostatni obraz jaki łączył go z codziennością . Siedział na krzesełku w pełnym słońcu sierpnia , patrzył na bawiących się synów . Przeglądał gazetę i ... znalazł się tutaj. W tym ponurym , nieznanym
miejscu . Nabrał na dłoń wody. Była absolutnie realna, przemył oczy , zamrugał
Zdobył się na dwa kroki , woda zafalowała . Pod stopami wyczuwał wysoką trawę . Tak wysoką , że miejscami kładła się na powierzchni lecz zbyt mocno nie krępowała mu ruchów . Zrobił jeszcze kilka chwiejnych kroków , niepewny co robić dalej. Myślał zupełnie trzeźwo i postanowił się obudzić , przekonany że
cała ta wizja poprzez swoją realność zaszła już za daleko.
W tym celu najpierw uszczypnął się w policzek ale poczuł tylko piekący suchy
ból a potem ze świadomą powolnością jeszcze raz przemył twarz i skropił włosy
Początkowo nie czuł chłodu ale teraz gdy wgłębiał się we własne doznania
pozostałe dotąd ukryte bodźce zaczęły oddziaływać na jego ciało. Mimo ,że nie
było zimno zaczął odczuwać chłód właściwy dla jego obnażenia w tym niewątpliwie letnim acz przytłumionym chmurami krajobrazie. Zrobiło mu się głupio . Stał goły w tym dziwnym miejscu i szczypał się po twarzy . W pierwszym , naturalnym odruchu chciał iść w kierunku lasu by w nim szukać
schronienia ale wspomnienia wiążące się z sennym koszmarem , który nabrał
teraz poważniejszych znaczeń spowodowały ,że jeszcze przez chwilę dreptał
niezdecydowany w miejscu.

28.
W końcu przemógł swój opór i powoli, wpatrując się w ciemną taflę wody ruszył w kierunku wysepki. Wkrótce zauważył że robi się coraz jaśniej. Nie wiadomo dlaczego ocenił zastaną porę jako zmierzch . Teraz z nieukrywaną radością skonstatował , że to pochmurny poranek . Spojrzał w górę , starając się dokładniej określić miejsce gdzie za opończą chmur kryło się słońce , a ujrzał w zamian potężna sylwetkę szybującego wysoko w powietrzu ptaka .Zbliżał się w
jego kierunku i choć trudno mu było dokładnie oszacować rozmiary jedno nie podlegało dyskusji . Był ogromny . Mariusz odruchowo przykucnął a gdy przyjrzał się dokładniej bez wahania położył się w wodzie i opierając na łokciach śledził lot tego potwornego stworzenia. Przez głowę przelatywały mu dwie sprzeczne ze sobą zasady postępowania przy kontakcie z silniejszym drapieżnikiem lecz ta zalecająca głośne i odstraszające zachowanie nie wydała mu się przekonująca. Zresztą po chwili stwór minął go bezgłośnie na wysokości
uniemożliwiającej dostrzeżenie szczegółów co uzmysłowiło Mariuszowi jego rzeczywistą wielkość , którą oceniał teraz na około czterdzieści metrów rozpiętości błoniastych czarnych skrzydeł. Przypominał pterodaktyla , ale raczej
takiego jak Rodan. Potwór z wytwórni TOHO . Przemknęło mu przez głowę
wspomnienie z dzieciństwa . Stał w gigantycznej kolejce w holu kina Centrum
aby zdobyć bilety na film Inwazja Potworów. Tam obok Godżilli i trójgłowego
smoka występował chyba także Rodan – ptak śmierci. Nie mógł sobie przypomnieć żadnej sceny ale doskonale pamiętał , że taką kolejkę spowodował
fakt , iż była to projekcja w ramach niedzielnych poranków i bilet kosztował tylko cztery złote zamiast dwunastu czy piętnastu . O dziewiątej film dla młodzieży a o jedenastej bajki dla maluchów . Zastanowił się nad wymyśloną przez siebie wiele lat później tezą , że taka łaskawość była być może ubraną
w aksamitne rękawiczki starannie przemyślaną formą walki ze szkodliwym zwyczajem chodzenia przez dzieci na poranne msze . Nawet mecze footballowe
odbywały się wówczas w niedzielę o 11 , co przecież ze względów marketingowych było głupawe.
W końcu wyrwał się z plątaniny wspomnień i bacząc na to , że robiło się coraz
jaśniej i następne spotkanie mogło skończyć się dla niego tragicznie i ruszył teraz już zdecydowanie w kierunku zbawczej ściany lasu Schronienie się w cieniu drzew zdawało mu się teraz miłe i sensowniejsze niż cokolwiek innego. Na chwilę zapomniał o swych wątpliwościach co do natury snu w którym przebywał . Działał i myślał realnie . Strach i ból były rzeczywiste , a można
przyjąć nawet ,że jego zmysły były wyostrzone . Idąc gwałtownie rozpryskiwał wodę i aby zagłuszyć ten dźwięk zaczął półgłosem recytować nieskładne , na poczekaniu wymyślane zaklęcia .

29.
Wracała myśl , początkowo odrzucana, która miała znaczną przewagę nad teorią kolejnego snu . Wracała , kręcąc się na pograniczu jego świadomości , aż w końcu objawiła mu się jasna i tryumfująca . Nie żył. Po prostu umarł nagle . Oślepiony blaskiem sierpniowego Słońca zapadł się w siebie i wraz z aluminiowym krzesełkiem przewrócił się na nierówną blado zieloną trawę . Być może w tej chwili żona uspokaja rozpaczliwie szlochających chłopców , a ponura lekarka bardziej rozgniewana niż współczująca wypisuje akt zgonu .
Oj Mariuszku Mariuszku ! Nie trzeba było papierosków palić... wódeczki pić . Serduszko by wytrzymało a tak dupa zimna –powiedział do siebie , ale uczucie pustki i żalu ustępowało , wypierane przez zaciekawienie i jakąś taką dziecinną nieco radosną ufność . Jeżeli nadal istnieje jako osoba to znaczy , że śmierć nie jest taka groźna . A jeśli nie umarł to drugie dobrze .
Nawet jeśli miejsce w którym się znalazł nie było zbyt miłe to jednak była tu
trawa i powietrze i Słońce i drzewa a jeśli był i ptak to musi być pokarm dla niego i nawóz i drobnoustroje i bakterie .Odetchnął głęboko.
Las był jeszcze bardzo odległy ale zbliżał się do sporej wyspy na której wyrosło kilkadziesiąt ogromnych drzew iglastych . Tak jak w przypadku ptaka dopiero gdy zbliżył się do nich mógł docenić ich wymiary. Czytał , że bardzo stare sekwoje mogą być tak duże, ale te tutaj bardziej przypominały zwykłe dęby , powiększone do Gargantuicznych rozmiarów .
Zmniejszała się głębokość rozlewiska i prawie wbiegł na długi jęzor piasku . Gdy był już na suchym lądzie na moment zwalił go z nóg skurcz lewej łydki i teraz siedząc na wilgotnym piasku masował bolące miejsce jednocześnie rozglądając się ciekawie dokoła .
Olbrzymie drzewa , mimo że rosły rzadko rozpościerały nad wyspą szczelny parasol zielonych konarów . Ziemia była pokryta odpowiednimi do rozmiarów drzew pożółkłymi liśćmi i gigantycznymi ,wyglądającymi jak błyszczące plastikowe makiety żołędziami. Czy większe drzewo ma proporcjonalnie większe liście ? Większe wobec niego , ponieważ to jego ciało było dla niego jedynym wzorcem. Przemierzył wyspę by z ulgą stwierdzić , że jest sam .Ciężko było poruszać się tu na boso ponieważ wszędzie wiły się i wypiętrzały spod piasku i ściółki białe niczym kości potężne korzenie drzew nie mogące znaleźć swojej kryjówki pod powierzchnią . W końcu wybrał osłonięty z trzech stron konar porośnięty mchem , odrąbany przez uderzenie pioruna , co zdawał się potwierdzać długi jasny pas rany na pniu najbliższego drzewa. Usiadł na kupie
nagarniętych uprzednio liści i oparł się o leżący pień . Mech , który go porastał
był miękki i wydawało mu się , że wydziela ciepło.

30.

Odpoczywając , wodził wolno wzrokiem po tym nieco surrealistycznym miejscu i chłonął mocny zapach lasu, pobliskiego rozlewiska, jakiegoś nieokreślonego a
miłego zapachu życia i rozkładu jednocześnie , kojarzący mu się z dzieciństwem Przymknął oczy i bezwiednie tam powrócił . Przypomniał sobie jak dziadek zabierał go na spacery nad zalew Warty w Kaniowie , obecnie dzięki sprytnym zabiegom melioracyjnym już nie istniejący. Dziadek mieszkał w bloku na skarpie z którego widać było zakole rzeki i łąkę , którą każdej wiosny regularnie zalewała woda .Chodzili tam często by wędrować po wałach. Rozmawiali a dziadek cierpliwie wysłuchiwał fantazji dziecka i odpowiadał na wszelkie możliwe pytania . Zamknął oczy i przez chwilę znalazł się w tamtych , tak odległych czasach. Poczuł siebie jak kucając nad brzegiem rozlewiska , podtrzymywany przez dziadka za kołnierz kurtki typu miś głęboko wychylony za pomocą pomalowanej srebrolem drewnianej szabelki próbuje wyciągnąć z wody rozmokłą , porzuconą przez kogoś pozbawioną okładki książkę .
W tym miejscu książka nie była na swoim miejscu i on pragnął przywrócić jej
właściwe miejsce . Nie umiał wówczas zbyt dobrze czytać ale podczas manipulacji szabelką odsłonił stronę na której obok dużego wyraźnego druku
widniał rysunek przedstawiający pojedynkujących się na szpady dwóch mężczyzn , z których jeden ubrany był w wytworne szaty zakończone obszerną
białą kryzą i kapelusz o wymyślnym kształcie ozdobiony piórem a drugi w skórzanej kurcie , przepasanej ukośnym pasem ,prostych portkach i rajtarskich butach miał wygląd sympatycznego zawadiaki . Mariusz uświadomił sobie
że był to najpewniej rok 1969. Przypomniał sobie wygładzoną rękojeść szabelki
ozdobioną złocistą skuwką ,która była pierwotnie zakrętką wody kolońskiej
dziadka. Słyszy jak dziadek odwodzi go od pomysłu wyciągnięcia książki, obiecując podwójną dawkę czytania przed zaśnięciem . Sześcioletni Mariusz
uwielbia te seanse tym bardziej , że dziadek czytuje mu Trylogię Sienkiewicza ,
zamiast jakichś tam bajek dobrych dla prawdziwych maluchów . Sam jest tak
doświadczonym słuchaczem , że z łatwością wyczuwa fałszywe tony gdy dziadek opuszcza co drastyczniejsze fragmenty i ożywiony nadbiega w piżamce
by przywołać go do porządku . Teraz wciąż trzyma go za kołnierz . Dzielny, cierpliwy mężczyzna ubrany w siwy wyjściowy płaszcz górniczy tłumaczy dziecku , że ta książka jest już nie do uratowania . Że taką samą wypożyczy z biblioteki . Czuć silny zapach giewontów palonych w drewnianej lufce. Mariusz przestraszony, tym że zasypia w tym obcym groźnym przecież miejscu otrząsa się ze wspomnień . Metr od niego , okrakiem na grubej gałęzi siedzi dojrzały mężczyzna i pali papierosa bez filtra w drewnianej , czarnej od dymu lufce .
31

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Cienie 4

21.
Wspaniały Józio i Mirek Kotlarczyk złożyli zeznania i poszli do domu , gdyż nie
było podstaw by ich zatrzymywać. Gruza na odchodnym przykazał im by stawili
się ponownie o osiemnastej , gdyby ci ze śledczej czegoś jeszcze od nich chcieli.
Spojrzał na zegarek i uświadomił sobie ,że została jeszcze godzina. Nie zgłosił się tylko Witek , ale to był znajomy sierżanta , w związku z tym nikt się tym specjalnie nie przejmował , tym bardziej , że według słów pozostałych nie był
nawet w lesie. Ryszard Ziomecki pochodził z sąsiedniego Karamowa i też znał ich wszystkich. Drobne takie pijaczki – zwykł nie bez racji myśleć o nich . W przeciwieństwie do chłopaków z jego własnego pokolenia i młodszych nie
sprawiali kłopotów. Żadnych kradzieży , bójek .Nic z tych rzeczy. Zbierali się
na rogu, gdzie nieraz potrafili przestać kilka godzin.Trochę sępili. Latem grzybki , rybki i karcięta na świeżym powietrzu albo w tej chałupie pod lasem .
No i oczywiście naleweczki , winiunia i wódeczka. Ale nic nielegalnego. Każdy
miał jakąś rentę i potrafili gdy naszła ich na to ochota dorobić trochę grosza.
Posterunkowy Ryszard Ziomecki był barczystym dwudziestopięciolatkiem o ciągle chłopięcej twarzy , której wyglądu właśnie z tego powodu nie cierpiał.
Walczył z nim próbując zapuścić wąsy, lecz będąc płowym blondynem nie osiągnął zadowalającego efektu. Obecnie próbował dodać sobie męskości goląc głowę tuż przy skórze , ale upodobnił się jedynie do miejscowych łobuzów. Ryszard co starannie ukrywał, był marzycielem. Każdego dnia schodził do piwnicy gdzie metodycznie trenował za pomocą licznych hantli i sztangi własnego wyrobu, a całe cykle treningowe starannie opisywał w grubych skoroszytach .Nie marzył o karierze kulturysty czy innego sportowca.
Wierzył święcie , że pewnego dnia jego siła i zręczność uratują jemu samemu lub jego kumplom życie . Oczywiście nie tu w Kolinie , gdzie wylądował na skutek zbiegu złych okoliczności i niezbyt wybitnych osiągnięć w nauce. Teraz nadchodził jego czas. Za półtora miesiąca rozpoczynał policyjne studia w Szczytnie. Lubił się widzieć w hipotetycznych akcjach , marzył o trudnych śledztwach kończących się spektakularnymi akcjami z użyciem broni. Byłby jak Arnold i Kojak w jednej stłoczony osobie. Byłby...
Teraz jednocześnie denerwował się i nudził. W chwili gdy naprawdę coś się
działo, musiał zadowolić się tym , że przez pół godziny zabezpieczał miejsce
pierwszego mordu nim podmienił go Gruza po zakończeniu przesłuchań. Nie było dla niego miejsca w tym dramacie. Zostawili go jak niańkę dla tego pijusa.
Poprawił broń i wyszedł na zewnątrz. Stanął na podeście schodów i rozejrzał się
po okolicy .Drogą leniwie przejeżdżały samochody. Niektóre wypełnione plażowiczami wracającymi znad jeziora. Na placyku przed pobliskim sklepem
dwóch malców z krzykiem ujeżdżało połyskujące srebrem hulajnogi. W cieniu
drzew , ciągnących się dwoma asystującymi szosie szpalerami spacerowali ludzie spragnieni pogawędki na świeżym powietrzu. Młode mamusie pchały
wózki. Grupa nastolatek przeszła śmiejąc się głośno. Było naprawdę gorąco.

22.
Powietrze stało a delikatny wiaterek, który nieco chłodził jego na czerwono
opaloną twarz zamarł zupełnie. Będzie burza – pomyślał
Zadzwonił telefon . Otarł wierzchem dłoni pot z czoła i niespiesznie wrócił na komisariat. Początkowo sądził, że to jakiś głupi żart.
Bełkotliwy, lekko sepleniący głos coś mu gwałtownie tłumaczył. Ryszard nic nie zrozumiał , ale gdy już miał odłożyć słuchawkę usłyszał inny głos , równie przepełniony zdenerwowaniem, lecz tym razem wyraźny , należący najpewniej do jakiegoś młodzika.
-Ja panu to zaraz wytłumaczę. Coś strasznego się stało w parku. Moja dziewczyna Krysia, moja była właściwie dziewczyna Walczak...taaa
Krystyna Walczak zaginęła przed chwilą, to znaczy właściwie znikła słyszeliśmy jak okropnie krzyczała... taki wir ją porwał , a właściwie
my jej nie widzieliśmy ... tylko krew jak w mikserze...w powietrzu.
W parku... co się dzieje ? halo halo !
-Tak, słucham, słucham-Ryszard poczuł jak cierpnie mu skóra na karku
Proszę szybko tu przyjść na posterunek. Spiszemy zeznanie , zaraz
wszyscy tu wrócą to pojedziemy sprawdzić do parku. Jak się nazywasz ?
Tak, a ten drugi, aha Wiktor Piotrowski, on tu już rano powinien się zgłosić. Dobrze, kończę bo ktoś przyszedł. Proszę natychmiast tu przyjść !
Usłyszawszy jak rozmówca wyłącza telefon odwrócił się ale nie zobaczył przy barierce spodziewanego gościa. Ktoś stał na korytarzu pod drzwiami. Przysiągł by, że zostawił je otwarte , lecz teraz były przymknięte .Tak że z rozświetlonego
Słońcem korytarza wpadała do pokoju , w którym okna były szczelnie zasłonięte opuszczonymi żaluzjami wąska wyrazista smuga światła. Na biurku Gruzy
jednostajnie pracował wentylator, omiatając pod ciągle zmieniającym się kątem
niewielką przestrzeń pokoju. Ryszard stał przez chwilę zbierając myśli , z prawą dłonią opartą na bakelitowej słuchawce telefonu , wsłuchany jednocześnie w odgłosy dochodzące zza przymkniętych drzwi . Jego twarz muskał delikatny powiew powietrza, lecz chłód jaki spętał jego ciało nie miał z wentylatorem wiele wspólnego. Dochodzące zza drzwi odgłosy w normalnych warunkach nie zwróciły by jego uwagi ale teraz , po tym co się stało i po tym co przed chwilą usłyszał, a co w jego umyśle momentalnie zostało połączone w niepojętą groźną całość, napięcie jakiemu uległ zostało spotęgowane .
Zza drzwi dobiegało bowiem mlaskanie i szuranie. Zupełnie jakby bezzębny starzec pozbawiony łyżki zmagał się z miską jajecznicy , jednocześnie niecierpli
wie przebierając nogami obutymi w podkute żelazem buty. Był przerażony, zaskoczony we własnej fortecy podczas codziennych oczywistych czynności. Zwilgotniały mu dłonie i tak stał pocąc się w tym przyjemnie chłodnym zacienionym pokoju. Nieruchomy.
23.
Odgłosy za drzwiami nie cichły ani też nie nasilały się. Były jednostajnym
potwierdzeniem obecności jakiejś żywej istoty przyczajonej w odległości
trzech metrów od niego.
- Co się kurwa ze mną dzieje – przemknęło mu przez myśl. Starał się
za wszelką cenę uspokoić rozedrgane emocje. Jestem uzbrojonym policjantem gotowym na wszystko. Starał się przywołać jeden z tych bohaterskich obrazów z podświadomości , ale wszystko do czego zmusił swe niechętne ciało to otwarcie kabury i wyciągnięcie pistoletu a powolna staranność i cisza w jakiej to zrobił nie wróżyły najlepiej .
-Proszę wejść – powiedział, ale ledwie poznał własny głos , bardziej przypominający lękliwą skargę niż policyjne wezwanie do działania.
Nikt ani nic nie zareagowało. Wentylator szumiał jednostajnie a zza drzwi
nadal dochodziły te odgłosy. Miał powtórzyć wezwanie i koncentrował już
całą swoją odwagę i energię , lecz wówczas doleciał go zapach a właściwie
odór tego czegoś. Kto choć raz w życiu odwiedził Z O O lub cyrk rozróżni
go bez wahania . Odór dzikich zwierząt . Ostry swąd drapieżnika .Wielkiego
przechadzającego się kota , który setki razy zaznaczył teren swej dożywotniej
kaźni.
-Mój Boże... to zwierzę – pomyślał i odbezpieczył broń. Tych ludzi zabiło jakieś zwierze, uciekinier z cyrku czy coś w tym guście . Przemknęła mu przez głowę idiotyczna myśl, że to się nawet wiąże w logiczną całość. Tygrys czy może jakiś inny lew pożarł dwie osoby a teraz targany wyrzutami sumienia , przerażony gwałtownością pościgu sam zgłosił się na policję. Odetchnął głęboko jeszcze raz i wyszedł na zdrewniałych nogach zza biurka , powoli przedzierając się przez własną słabość ruszył w kierunku drzwi . Odór stał się prawie nie do zniesienia , ale policjant już podjął decyzję. Lewą rękę oparł na klamce, celując jednocześnie na wysokości mniej więcej swoich bioder w niewidoczny cel , którego wyglądu nie był w stanie się domyślić . Gdyby wówczas zamknął oczy , niewątpliwie ujrzał by pod powiekami ten kształt , lecz niestety nie wiedział co można zrobić w takiej sytuacji.
-Otworzę , odskoczę i buch. Otworzę , odskoczę i buch- myślał , planując
gorączkowo dalsze działanie. Nie zastanawiał się już nad konsekwencjami
ewentualnej pomyłki, gdyby tygrysem okazał się zasapany , nadzwyczaj
zaśmierdziały staruszek. Opanowała go wizja groźnego wroga, zwierzęcia , które w momencie otwarcia drzwi do wewnątrz spróbuje skoczyć mu do gardła. W głębszej ciemności jego strachu tkwiły, połyskując uspokajająco jeszcze dwie możliwości. Strzelać przez drzwi oraz druga bardzo kusząca .

24.
Zamknąć drzwi , schować się za biurkiem jak za barykadą i czekać skulony
w chłodnym półmroku na powrót kumpli .Zadzwonić na komórkę do Góreckiego
a jeśli zajdzie potrzeba , bronić się do ostatniego pocisku. Lecz przecież był policjantem , kandydatem na bohatera. Delikatnie zacisnął palce lewej dłoni na klamce i odbezpieczył broń . Jeszcze raz obliczył możliwą odległość odskoku.
- Żeby tylko nie stracić równowagi – pomyślał i jeszcze raz odetchnął
głęboko.


Paweł schował miniaturowy telefon do kieszonki na piersiach. Stali z Witkiem
przy kiosku RUCHU. Sprzedawca , który właśnie zasuwał zielono-żółte kraty najwyraźniej słyszał ich rozmowę , gdyż patrzył na nich z niepokojem i pewnym
niedowierzaniem. Nie znali go . Był widocznie nowy w Kolinie, najprawdopodobniej mieszkał w jednym z tych nowych trzypiętrowych bloków. Witek, gdy ten w końcu
nie wytrzymał i zapytał , bąknął coś uspokajającego. Spojrzał na Pawła i dał mu głową znak do odejścia. W milczeniu przeszli przez jezdnie .Wolno zmierzali w stronę
posterunku. Każdy pogrążony we własnych spekulacjach.
Pierwszy odezwał się Paweł , zwracając się ni to do Witka ni to do siebie.
-Co to za zeznanie, co my właściwie mamy powiedzieć, albo mówiąc inaczej
co ja powiem rodzicom Krystyny? Że siedziałem z nią na ławce. Że się pokłóciliśmy,
że odeszła i znikła , że porwał ją wir , że słyszeliśmy jej krzyk dobiegający z pustego miejsca . Co to niby ma wszystko znaczyć , to się kupy nie trzyma. A pan , panie Wiktorze co właściwie tam zobaczył , że pan tak wiał ?
Wiktor nachmurzył się i można było sądzić , że to już koniec rozmowy, ale po chwili
odezwał się ze złością w głosie .
-Na cholerę dzwoniliśmy do mendów , teraz to niezły szajs. Wyjdziemy w najlepszym razie na głupków , a w najgorszym lepiej nie myśleć. Nikogo wiry nie porywają w parkach ...w Polsce , a to znaczy , że męczą nas halucynacje . Może to jakiś eksperyment ? – zatrzymał się gwałtownie
-Słuchaj Pawełku. Jak siedziałem na ławce koło ogródka widziałem taką parkę.
Nietutejsi , bardzo dziwni, szał dyskretnej elegancji. F B I z drogich filmów. Tak dziwnie się zachowywali. Ona stała w tym parszywym zielsku po kolana , a on wprost do niej , a mnie jakby nie widział i razem poszli w ten gąszcz. Tacy pewni i zajęci jakby się spotkali na korytarzu luksusowego biurowca.
25

niedziela, 2 sierpnia 2009

Cienie 3

-Ty zasrany nudziarzu ! Wykrzyczała mu odchodząc Krystyna, i być
może te słowa ubodły go najboleśniej.
-Jak to nudny ? Ja nudny ? – z goryczą i szyderstwem równocześnie
skomentował jej ostatnie słowa.
Z zamyślenia wyrwał go hałas, metodyczny rumor dobiegające od strony
sąsiedniej lecz oddalonej o dobre sto pięćdziesiąt metrów ławki , gdzie cały
czas grasowała grupka małoletnich przygłupów . Po kilkudziesięciu sekundach
czterech najwyżej czternastoletnich chłopców minęło go ,biegnąc ścieżką ku staremu kościółkowi w dół parku. Wszystko to trwało chwilkę , lecz
wystarczająco długo , by jeden z biegnących , wystrojony jak raper z Bronxu
zdążył odwrócić ku Pawłowi piegowatą twarzyczkę i zagadnął .
-Czego się gapisz chuju ? – i zaproponował już z oddali
-W ryja może chcesz dostać .
Paweł odetchnął głęboko , gdyż przez chwilę sądził , że padnie ofiarą napaści.
Kiedy kroki biegnących ucichły , postanowił wrócić do domu by usiąść przy
komputerze i trochę pobawić się w sieci . Nagle wydało mu się , że ktoś bacznie wpatruje się w jego plecy , a biorąc pod uwagę jakim harcom oddawał się przed chwilą niemile go zawstydziło .Odwrócił się lecz nikogo nie spostrzegł . Było cicho. Tak cicho , że niezbyt przecież wprawne ludzkie ucho usłyszałoby ze sporej odległości przelatującą muchę . Lecz żadna mucha nie śmiała w tym momencie latać w tym parku. Niepokój , który w nim utkwił spowodował , że
wstał i lekko przygarbiony ruszył żwirową ścieżką w kierunku wyjścia . Nie ogłuchł ,gdyż doskonale słyszał chrzęst żwiru pod podeszwami sandałów i swój
świszczący oddech gdy krocząc sztywno jak żuraw z radzieckiej kreskówki wchodził w najmocniej ocieniony fragment ścieżki. Właśnie wtedy,gdy zaczynał się bać ,wpadł na niego rozpędzony i zziajany Wiktor Piotrowski. Paweł widział go przed mniej więcej godziną gdy jeszcze z Krysią siedzieli na ławce a on w ostatnim odruchu próbował ją niezdarnie przytulić , podświadomie odwlekając chwilę ostatecznego zerwania .Wówczas Wiktor najwyraźniej go nie poznał a przecież znali się doskonale, gdyż domy w których mieszkali dzieliły tylko dwie posesje . Poza tym ojciec Pawła mimo tego , że często wskazywał Wiktora jako odstręczający od nałogów i zbytniego luzactwa przykład , jeszcze częściej zapraszał go na brydża , gdy z żoną i doktorem Chrzanowskim w dymie i wśród wzajemnych pretensji grali robry do bardzo późnej nocy.
I wstyd powiedzieć , ale nawet niezbyt wprawiony Paweł łatwo jako obserwator mógł zauważyć , że Wiktor przynajmniej w tej grze bije ich o dwie klasy . W każdym razie teraz wpadł na niego z takim impetem , że obydwaj wylądowali w rozłożystym krzewie zdziczałej róży . Paweł czując mdły odór alkoholu odruchowo odepchnął sąsiada , lecz ten chwycił go silnymi dłońmi za kurtkę i poderwał się razem z nim na nogi.

-Paweł spierdalamy stąd ! – wybełkotał i popchnął chłopca z powrotem na ścieżkę i mimo ,że chłopiec ogłupiony sytuacją stawiał słaby opór powlókł go
potykającego się o własne nogi w kierunku płotu .Stalowe pręty umocowane między stuletnimi , zbudowanymi z pruskiej cegły słupkami nie były dla nich zbyt trudną zaporą . Kiedy znaleźli się na ulicy o mało nie przewrócili objuczonej zakupami postawnej niewiasty. Z ciężkim warkotem przejechała szosą ciężarówka Scania , wyładowana aluminiowym złomem , zmierzając
niechybnie do miejscowej odlewni . Jednocześnie z odległej od nich o kilkadziesiąt metrów bramy parku wychynęła grupa przedszkolaków pod wodzą dwóch pań wychowawczyń . Jak rozedrgany hałasujący wąż - smok . Niosła się wyprzedzając maluchów ich pieśń bojowa , opowiadająca o tym, że nadeszła już chwila rozstania i już za chwilę pożegnają przedszkole ... i tak dalej w stylu plemienia dziecięcego , schwytanego przez dorosłych w pułapkę infantylnych znaczeń i ładnych rymów .
Stali, łapiąc powietrze , oparci o stalowe pręty ogrodzenia .
-Czułeś to ? Spytał Witek ,z trudem przełamując bełkotliwość wymowy.
Paweł nie odpowiedział . Czuł dumę ,że mimo strachu i gwałtownego wysiłku
jego myśli znowu były jasne , a to co za chwilę powie zadziwi tego dorosłego
mężczyznę . Ocierając spocone czoło papierową chusteczką rzekł wskazując na
zbliżające się dzieci .
-Panie Wiktorze , widzi pan i słyszy te dzieciaki ?
-Przecież nie jestem głuchy ani ślepy ,pewnie, że widzę !
-Ja też a to gorsza sprawa , bo jest kurcze 16 sierpnia i przedszkole jest nieczynne , a tym bardziej zerówka – a to są dzieciaki z zerówki .
-Panie Wiktorze – spierdalamy !
Nie było to konieczne , gdyż w tym momencie pieśń ucichła i kilkadziesiąt
dzieciaków wraz z opiekunkami po prostu rozpłynęło się w powietrzu.
Nie mogli zbyt długo wpatrywać się w siebie pytającym wzrokiem gdyż w tym
momencie zza ogrodzenia parku rozległ się rozdzierający kobiecy krzyk .
Paweł poznał od razu głos Krysi, naprawdę rozdzierający głos krańcowego
przerażenia i bólu .Głos dochodził z zarośniętego narożnika parku po drugiej
stronie bramy w której przed chwilą pojawiły się rozśpiewane niby dzieci.
Ruszyli właściwie równocześnie i gnali , mijając przechodniów , którzy szli
ku swoim sprawom w całkowitej obojętności. Jeden tylko, szczeciniasty dziadek
z fajką w zębach przystanął i nasłuchiwał . Wszystko działo się szybko i czuli
się jak w tunelu prywatnej halucynacji ale jeszcze przyspieszyli, słysząc jak ton głosu zmienia się w jękliwy agonalny skowyt . W końcu minęli bramę i rzucili się między drzewa gdzie srożył się przypominający trąbę powietrzną wir .
Bezgłośny przezroczysty wir a w jego wnętrzu szatkowane w krwawej wirówce ciało kobiety. Krzyk umilkł a wkrótce po całej tej dramatycznej scenie pozostał
jedynie niewielki wydeptany w zdziczałym trawniku okrągły placyk.

Rozdział drugi

18.
O godzinie piętnastej trzydzieści młodszy aspirant Artur Gutowski znalazł
w gęstwinie młodnika , na niewielkiej nasłonecznionej polance resztki , które
zostały z rozszarpanego chłopca . Psy zawiodły . Stare , doświadczone w tej
pracy wilczury zachowywały się jak wystraszone szczeniaki .Początkowo on sam , mimo że uodporniony nieco pracą przy zabezpieczaniu miejsca pierwotnie odkrytej zbrodni , poczuł się naprawdę słabo. Dzieciak to jednak co innego , a prawdę mówiąc nigdy nie widział niczego choć trochę podobnego . Ot jak to w służbie: ofiary wypadków, pobicia, jeden gość mocno pocięty nożem , jeden z ranami postrzałowymi, kilku samobójców . Normalka . Ale coś takiego. Gorzej, że okazał słabość przed sierżantem Gruzą i tymi gówniarzami z kryminalnej. Tymi dwoma specjalnie się nie przejmował , ale Gruza z którym pracował na co dzień w miasteczku cały czas uśmiechał się znacząco pod wąsem. Też żaden z niego rutyniarz ale widać już taki charakter. Teraz na miejscu była już ekipa dochodzeniowa i nie miał wiele do roboty. Ciągle przybywało funkcjonariuszy , a po zabezpieczeniu śladów i obfotografowaniu leśnej polanki , zaczęto zbierać szczątki chłopca do plastykowego czarnego worka i białych pojemników. Górecki stał na uboczu i przeglądał swoje Tewo z notatkami , spisanymi na gorąco w większości jeszcze drżącą ręką . To było dziwaczne. Z tym pierwszym ,zabitym na skraju lasu to chociaż dowiedzieli się kim był. Ale chłopiec... Sprawa chłopca była zupełnie do dupy.
Nawet nie to jak był ubrany, choć nigdy nie spotkał się , nawet wśród największej biedoty by ktoś ubrał dzieciaka w zgrzebne, jakby uszyte ze
starego worka porcięta, koszulinę tak pocerowaną i połataną , że wyglądała
jak jakiś cholerny szarobury patchwork i kurtkę płócienną podobnej jakości
Było w tych łachach coś co kazało przypuszczać , że mogą być jakimiś rekwizytami do filmu o nędzy siedemnastowiecznych galicyjskich chłopów.
REKWIZYTY – FILM – ORGIA – RYTUAŁ SATANISTYCZNY
zapisał dużymi drukowanymi literami , i po krótkim namyśle podkreślił te cztery , jego zdaniem kluczowe słowa zdecydowaną podwójną kreską.
Lecz niestety to nie było wszystko. Po początkowym szoku , gdy już wróciła mu
odwaga i zanim przyjechała ekipa z powiatu obejrzeli z Gruzą kawałki ciała
rozrzucone na polance. Najpierw zwrócili uwagę na oderwaną poniżej kolana
nogę. Chłopiec był bosy , co biorąc pod uwagę dziwne przebranie specjalnie
nie dziwiło. Bardziej już to , że stopa wyglądała tak jakby dzieciak od lat nie
używał butów. Zrogowaciała, pokryta licznymi strupami i bliznami skóra
zdawała się twarda jak podeszwa buta , co Gruza stwierdził osobiście za pomocą
wskazującego palucha . Pozostałe kawałki ciała były podobnie ozdobione
niewiarygodną wręcz ilością strupów, krost , wrzodów itp.

Była to jakby makabra w makabrze . Hańba w hańbie , a biorąc pod uwagę przy-
puszczalny wiek zabitego chłopca , wstępnie szacowany z zadziwiającą jedno-
myślnością na maksimum trzynaście lat jego lewa dłoń ( prawej nie znaleziono) była zadziwiająco spracowana i mimo , że taka drobna przypominała bardziej dłoń spracowanego pięćdziesięciolatka . Z dolnej części twarzy niewiele zostało ale skołtunione, niewiarygodnie wręcz brudne jasne włosy doskonale pasowały do obrazu całości . Podporucznik stał z otwartym notatnikiem i stukał końcówką kulkowego pióra w stronnicę opatrzoną obiecującym nagłówkiem – WNIOSKI.
-Choć stary. Zdamy raport ze wstępnego przesłuchania tych tam świadków
usłyszał głos Gruzy i ruszył w jego kierunku z trzaskiem zamykając bordowy
notatnik. Szli, by ominąć gąszcz nieco okrężną drogą i Artur w pewnym momencie zauważył w połowie ukrytego pod liśćmi pięknego pękatego prawdzi –wka a nieco dalej dwa mniejsze , jak tulące się do siebie dzieci . Schylił się nawet po tak kuszącą zdobycz ale zauważył skrajną niestosowność swych intencji. Gruza oczywiście to zauważył .
-Ładnie byś wyglądał z tymi borowikami przed tymi gośćmi .Prawdziwy twardziel z niego. Ho Ho i nic go nie rusza. Trzeba go dawać do takich spraw
Faceci z tasakami , amatorskie sekcje , te rzeczy.
Sierżant bardzo udanie naśladował tubalny głos majora Sroki i Artur mimo woli roześmiał się nerwowo.
-Ho Ho nawet w takich sytuacjach potrafi się śmiać i jakich ładnych grzybów
nazbierał – dokończył Gruza i wracając do własnego podskórnie kpiącego
tonu przeszedł na inny temat .
-Słuchaj z tym Ławą będzie mały kłopot . Ten drugi , jak mu tam, no ten ślimas
którego ty przesłuchiwałeś to jeszcze jeszcze , ale Ława ... Widziałeś przecież
trzeźwy był. Po spisaniu zeznań cały czas siedział na krześle tuż przy mnie i sobie rozmawialiśmy. Jak pojechałeś pierwszy , pokazać im to miejsce a ja czekałem aż zmieni mnie Rysiu , poszedł się odlać. Mówię ci, był ze trzy minuty. Wrócił i siedzi i milczy a ja patrzę a on jakiś taki niewyraźny jest. Miał
gdzieś skurwiel schowaną gołdę i wychlał w kiblu, a że gość taki już słabszy jest
to mi w parę minut zupełnie odjechał. Zawlokłem go do dziury i zamknąłem.
Może się jeszcze przydać jakby co .
-Oczywiście przepatrzyłem łazienkę i znalazłem butelkę. Ćwiartkę Absolwenta
z gwinta wywalił , to i nie dziwota.
Rozmawiając wyszli na skraj lasu gdzie stały samochody a policjanci różnych
rang i specjalności próbowali odsunąć za rozpiętą taśmę ograniczającą dostęp
dwóch groźnie wyglądających brodatych reporterów uzbrojonych w cyfrową
kamerę i młodą dziennikarkę z przypiętym do czarnego T- Shirta kolorowym
logiem miejscowej stacji radiowej. Dziennikarka najwyraźniej dała za wygraną
i zaczęła przepytywać wyznaczonego do udzielania informacji młodego ,ubranego po cywilnemu policjanta, który zresztą konsekwentnie nie udzielał
jej żadnych informacji zasłaniając się dobrem śledztwa . Trudniejsza sprawa

20.
była z brodatymi reporterami z TVT , którzy za nic mieli groźby i prośby ,bezskutecznie próbując dostać się pomiędzy pokrwawione brzozy. Jeden z nich odwracał uwagę funkcjonariuszy a drugi niczym gracz futbolu amerykańskiego szturmował policyjną linię obrony.
Kierowca ich firmowego Forda siedział sobie spokojnie na masce samochodu
i czytał Przegląd Sportowy. Artur podszedł do niego, przedstawił się i zasięgnął informacji. Flegmatyczny mistrz kierownicy wyjaśnił mu , że znaleźli się tu , ponieważ niedaleko był wypadek. Jakiś frajer wjechał polonezem pod Inter City i przypadkiem ( tu mrugnął znacząco) dowiedzieli się , że w Kolinie było wyjątkowo krwawe morderstwo, a prawdziwym dziwactwem było by nie przyjechać.
-Proszę Pana ,ale to nie wszystko . Jak zobaczyli co tu się stało to komórka się
grzała . Ten wyższy bez kamery to wielki cwaniak .Wejścia ma wszędzie . Za
chwilę będzie miał takie pozwolenia , że mordercę przesłucha przed policją.
Na taką prowincję to jest ktoś . Nawet w Warszawie...To banda świrów-dodał
ściszając głos.
-W sumie trudno się dziwić . W takim miejscu dwa trupy ,w taka makabra...
W tym momencie kierowca stracił cały wystudiowany spokój i wydarł się jak
opętany.
-Panie Romku ! Panie Romku! Jest drugi trup ! Pewnie w lesie !
Słysząc to brodacz , szarżujący z kamerą gwałtownie zawrócił i pognał w ich
kierunku. Górecki zdążył warknąć wściekle, żeby się zamknął, ale major Sroka
już zmierzał w ich kierunku.
-Górecki ! Do jasnej cholery, kto cię upoważnił ? Kto ci pozwolił ględzić na prawo i lewo o dzieciaku ? To, że go znalazłeś...
Brodacz z kamerą dosłownie podskoczył , aż śmieszna wyraźnie za mała błękitna czapeczka z daszkiem spadła mu z głowy , odsłaniając wilgotną
błyszczącą łysinę.
-Zabite dziecko ! Zabite dziecko !- krzyknął i machnął gwałtownie wolną ręką,
Naprawdę trudno było zdecydowanie stwierdzić czy w tym okrzyku więcej
było przerażenia , czy marnie skrywanego podniecenia.
W tym właśnie momencie na policyjnym posterunku w miasteczku posterunkowy Ryszard Ziomecki przechadzał się dostojnie od zakratowanego
okna z którego wypatrywał powrotu kolegów do prowizorycznego aresztu
w którym przebywał tymczasowo pijany Stachu Ława.

Wspaniały Józio i Mirek Kotlarczyk złożyli zeznania i poszli do domu , gdyż nie
było podstaw by ich zatrzymywać. Gruza na odchodnym przykazał im by stawili
się ponownie o osiemnastej , gdyby ci ze śledczej czegoś jeszcze od nich chcieli.
Spojrzał na zegarek i uświadomił sobie ,że została jeszcze godzina. Nie zgłosił się tylko Witek , ale to był znajomy sierżanta , w związku z tym nikt się tym specjalnie nie przejmował , tym bardziej , że według słów pozostałych nie był
nawet w lesie. Ryszard Ziomecki pochodził z sąsiedniego Karamowa i też znał ich wszystkich. Drobne takie pijaczki – zwykł nie bez racji myśleć o nich . W przeciwieństwie do chłopaków z jego własnego pokolenia i młodszych nie
sprawiali kłopotów. Żadnych kradzieży , bójek .Nic z tych rzeczy. Zbierali się
na rogu, gdzie nieraz potrafili przestać kilka godzin.Trochę sępili. Latem grzybki , rybki i karcięta na świeżym powietrzu albo w tej chałupie pod lasem .
No i oczywiście naleweczki , winiunia i wódeczka. Ale nic nielegalnego. Każdy
miał jakąś rentę i potrafili gdy naszła ich na to ochota dorobić trochę grosza.
Posterunkowy Ryszard Ziomecki był barczystym dwudziestopięciolatkiem o ciągle chłopięcej twarzy , której wyglądu właśnie z tego powodu nie cierpiał.
Walczył z nim próbując zapuścić wąsy, lecz będąc płowym blondynem nie osiągnął zadowalającego efektu. Obecnie próbował dodać sobie męskości goląc głowę tuż przy skórze , ale upodobnił się jedynie do miejscowych łobuzów. Ryszard co starannie ukrywał, był marzycielem. Każdego dnia schodził do piwnicy gdzie metodycznie trenował za pomocą licznych hantli i sztangi własnego wyrobu, a całe cykle treningowe starannie opisywał w grubych skoroszytach .Nie marzył o karierze kulturysty czy innego sportowca.
Wierzył święcie , że pewnego dnia jego siła i zręczność uratują jemu samemu lub jego kumplom życie . Oczywiście nie tu w Kolinie , gdzie wylądował na skutek zbiegu złych okoliczności i niezbyt wybitnych osiągnięć w nauce. Teraz nadchodził jego czas. Za półtora miesiąca rozpoczynał policyjne studia w Szczytnie. Lubił się widzieć w hipotetycznych akcjach , marzył o trudnych śledztwach kończących się spektakularnymi akcjami z użyciem broni. Byłby jak Arnold i Kojak w jednej stłoczony osobie. Byłby...
Teraz jednocześnie denerwował się i nudził. W chwili gdy naprawdę coś się
działo, musiał zadowolić się tym , że przez pół godziny zabezpieczał miejsce
pierwszego mordu nim podmienił go Gruza po zakończeniu przesłuchań. Nie było dla niego miejsca w tym dramacie. Zostawili go jak niańkę dla tego pijusa.
Poprawił broń i wyszedł na zewnątrz. Stanął na podeście schodów i rozejrzał się
po okolicy .Drogą leniwie przejeżdżały samochody. Niektóre wypełnione plażowiczami wracającymi znad jeziora. Na placyku przed pobliskim sklepem
dwóch malców z krzykiem ujeżdżało połyskujące srebrem hulajnogi. W cieniu
drzew , ciągnących się dwoma asystującymi szosie szpalerami spacerowali ludzie spragnieni pogawędki na świeżym powietrzu. Młode mamusie pchały
wózki. Grupa nastolatek przeszła śmiejąc się głośno. Było naprawdę gorąco.

22.
Powietrze stało a delikatny wiaterek, który nieco chłodził jego na czerwono
opaloną twarz zamarł zupełnie. Będzie burza – pomyślał
Zadzwonił telefon . Otarł wierzchem dłoni pot z czoła i niespiesznie wrócił na komisariat. Początkowo sądził, że to jakiś głupi żart.
Bełkotliwy, lekko sepleniący głos coś mu gwałtownie tłumaczył. Ryszard nic nie zrozumiał , ale gdy już miał odłożyć słuchawkę usłyszał inny głos , równie przepełniony zdenerwowaniem, lecz tym razem wyraźny , należący najpewniej do jakiegoś młodzika.
-Ja panu to zaraz wytłumaczę. Coś strasznego się stało w parku. Moja dziewczyna Krysia, moja była właściwie dziewczyna Walczak...taaa
Krystyna Walczak zaginęła przed chwilą, to znaczy właściwie znikła słyszeliśmy jak okropnie krzyczała... taki wir ją porwał , a właściwie
my jej nie widzieliśmy ... tylko krew jak w mikserze...w powietrzu.
W parku... co się dzieje ? halo halo !
-Tak, słucham, słucham-Ryszard poczuł jak cierpnie mu skóra na karku
Proszę szybko tu przyjść na posterunek. Spiszemy zeznanie , zaraz
wszyscy tu wrócą to pojedziemy sprawdzić do parku. Jak się nazywasz ?
Tak, a ten drugi, aha Wiktor Piotrowski, on tu już rano powinien się zgłosić. Dobrze, kończę bo ktoś przyszedł. Proszę natychmiast tu przyjść !
Usłyszawszy jak rozmówca wyłącza telefon odwrócił się ale nie zobaczył przy barierce spodziewanego gościa. Ktoś stał na korytarzu pod drzwiami. Przysiągł by, że zostawił je otwarte , lecz teraz były przymknięte .Tak że z rozświetlonego
Słońcem korytarza wpadała do pokoju , w którym okna były szczelnie zasłonięte opuszczonymi żaluzjami wąska wyrazista smuga światła. Na biurku Gruzy
jednostajnie pracował wentylator, omiatając pod ciągle zmieniającym się kątem
niewielką przestrzeń pokoju. Ryszard stał przez chwilę zbierając myśli , z prawą dłonią opartą na bakelitowej słuchawce telefonu , wsłuchany jednocześnie w odgłosy dochodzące zza przymkniętych drzwi . Jego twarz muskał delikatny powiew powietrza, lecz chłód jaki spętał jego ciało nie miał z wentylatorem wiele wspólnego. Dochodzące zza drzwi odgłosy w normalnych warunkach nie zwróciły by jego uwagi ale teraz , po tym co się stało i po tym co przed chwilą usłyszał, a co w jego umyśle momentalnie zostało połączone w niepojętą groźną całość, napięcie jakiemu uległ zostało spotęgowane .
Zza drzwi dobiegało bowiem mlaskanie i szuranie. Zupełnie jakby bezzębny starzec pozbawiony łyżki zmagał się z miską jajecznicy , jednocześnie niecierpli
wie przebierając nogami obutymi w podkute żelazem buty. Był przerażony, zaskoczony we własnej fortecy podczas codziennych oczywistych czynności. Zwilgotniały mu dłonie i tak stał pocąc się w tym przyjemnie chłodnym zacienionym pokoju. Nieruchomy.